czwartek, 6 września 2012

i pojechał...

Plan był prawie doskonały. Mąż wyjedzie. Zarobi. Spłacimy wszystkie zobowiązania i zaczniemy na nowo... Wszystko szło jak po maśle. Wypowiedzenie w "starej" pracy, umowa w nowej, szkolenie, pożegnania..pakowanie, pakowanie, pakowanie i dziś wyjazd. I tu zaczęły się schody..

Dotarło do mnie ile tak naprawdę znaczy dla mnie, mój mąż. Mój jedyny przyjaciel. Ojciec moich dzieci. Moja ostoja. 

Piszę ten tekst a łzy leją mi się ciurkiem po policzkach...

Odprowadziłam go do samochodu, czułe pożegnanie..a po powrocie do mieszkania..dopiero wtedy dotarło do mnie jak puste jest to mieszkanie bez mojej drugiej połówki..
Pocieszam się myślą, że czas szybko przeleci. Dzień za dniem...dzień za dniem i przyjedzie albo do nas albo po nas... 
Mam jeszcze dzieci. Nasze pociechy. 
Chyba nie dam rady dalej pisać. Jutro opiszę pierwsze dni w przedszkolu mojego synka...

pozdrawiam wszystkich
Beata

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz